sobota, 6 maja 2017

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo

Podróż w nieznane jest zawsze nie lada wyzwaniem. Szczególnie jeśli wyjeżdża się samotnie i na dodatek ze sporą ilością bagażu. A cel podróży położony jest na drugim końcu Europy.





Bardzo bym chciała móc powiedzieć, że moje pierwsze chwile w Portugalii były wspaniałe
i wszystko przebiegło zgodnie z planem, jednak życie lubi płatać figle.

Problemy zaczęły się tak naprawdę już na etapie szukania mieszkania w Setubalu. Ofert było niewiele, a brak znajomości języka też wszystko komplikował - o ile mogłam mniej więcej zrozumieć opisy mieszkań, o tyle nie byłam w stanie napisać ani jednego zdania po portugalsku, żeby zapytać o ich dostępność. Natomiast o odpowiedzi na maile po angielsku mogłam zapomnieć. W tej sytuacji ostatnią deską ratunku okazało się biuro Erasmusa i ich namiary na mieszkania na wynajem.

Podróż sama w sobie także nie należała do łatwych. Dotarcie z Gdańska do Lizbony zajęło mi 14 godzin, a jakby tego było mało, doleciałam na miejsce o 1 w nocy i musiałam czekać tam do rana na przyjazd studentów z Instituto Politecnico de Setubal, którzy mieli zawieźć mnie do miejsca mającego najbliższych miesiącach stać się moim domem. Nikt jednak się tam nie pojawił, a na dodatek nie miałam na nich żadnych namiarów. Tak oto zaczęła się jedna z najbardziej stresujących przygód w moim życiu. Jak wyjaśnić sytuację koledze właściciela, który czekał z kluczami i, bagatela, nie mówił po angielsku? Jak przemieścić się z bagażami do oddalonego o 50 km od Lizbony Setubalu i walczyć z narastającym zmęczeniem? Z pomocą przyszła mi koleżanka wyszukująca najdogodniejsze połączenia oraz mój portugalski anioł stróż, który odebrał mnie ze stacji metra i bezpiecznie wsadził zbłąkaną owieczkę do pociągu.

I chociaż o niczym nie marzyłam tak bardzo, jak o odrobinie snu, zaraz po dotarciu do mieszkania zadzwonili do mnie z organizacji studenckiej i poprosili o pojawienie się w ich biurze. Najlepiej tego samego dnia. I tak oto podreptałam niemal 6 km na uczelnię, mijając przy tym najgorsze zakątki miasta, a w głowie kołatała mi tylko jedna myśl: "co ja tutaj robię?!". Jakby tego było mało na miejscu nikogo nie zastałam, a także bardzo szybko zorientowałam się, że mało kto zna angielski, albo przynajmniej przyznaje się do znajomości tego języka i jest chętny do pomocy.
Na dodatek po powrocie nie mogłam otworzyć drzwi i już miałam wizje nocowania na klatce.

Na szczęście po trudnym początku wszystko już szło z górki i Portugalia postanowiła być nieco bardziej gościnna i pokazać mi się z lepszej strony. Ale o tym w następnych postach 👋




J.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz